Przykro mi, RIM to nie Palm

Avatar
Piotr Barycki
29.06.2012

Jeśli coś brzmi dobrze, jest nośne i przez odpowiednio długi czas powtarza to odpowiednio duża ilość osób, wiadomość – nawet i zupełnie oderwana od rzeczywistości – może awansować do miana „powszechnie znanej prawdy”, mimo tego, że z prawdą nie ma zbyt wiele wspólnego. Tak właśnie ma się do obecnej sytuacji RIM porównanie do Palma, z którego z uwielbieniem korzystają dziennikarze z całego świata. Co może tylko dowodzić, że tworzenie artykułów w obecnym czasie nie wymaga myślenia, a jedynie znalezienia głośnego hasła – u siebie lub u kogoś innego, i obudowania własnej prawdy dookoła tego. Błąd.

Oczywiście nie ma powodu ku temu, aby w jakikolwiek sposób udawać, że sytuacja – niezależnie czy chodzi o finansową czy sprzętowo-programową– w Research In Motion jest dobra. Nie jest. Jest wręcz zła lub bardzo zła. Przychód spadł o 1/3, sprzedano po raz pierwszy od wielu lat mniej niż 10 milionów smartfonów, po raz pierwszy tez od nie-wiadomo-jak-dawna firma przyniosła stratę, coraz mniej pewna jest przyszłość oddziału produkującego urządzenia a najważniejszy produkt ostatnich i najbliższych kilku lat został opóźniony o kolejne długie miesiące, które możemy doliczyć do tych długich miesięcy, które już na BlackBerry 10 musieliśmy czekać. Jest źle. Z Palmem też było źle. I to by było tyle wspólnego.

Pieniądze

Pierwszym, co dzieli obydwie korporacje, które w swoim czasie zapoczątkowały rewolucje w dziedzinie komputerów tak mobilnych, że aż kieszonkowych, jest ich sytuacja finansowa i moment, w którym ogłoszono ich nadchodzącą śmierć lub przejęcie właśnie z powodów finansowych. Palm zaczął tracić gotówkę w szybkim tempie na ponad półtora roku przed premierą systemu [1. kokeytechnology], który z kolei dla niego miał być wybawieniem i możliwością powrotu na miejsce, które według jego twórców mu się należało. Tracił ją też (równie szybko) po premierze swoich kolejny produktów. Praktycznie od 2007 do samego końca nigdy nie zakończył roku z pozytywnym bilansem. Palm nie miał pieniędzy i nie zarabiał pieniędzy w momencie wejścia webOS na rynek, tracąc oprócz tego te, które pozostały mu z wcześniejszych zapasów lub innych źródeł [3. businessinsider]. W momencie przejęcia w 2010 Palma przez HP, zdecydowana większość gotówki, którą trzymał jeszcze na swoich kontach Palm, została wykorzystana do spłaty kilkusetmilionowego długu [4. nytimes].

Research In Motion tymczasem w dalszym ciągu, nawet pomimo bardzo słabych wyników i pierwszej od lat straty operacyjnej, nie tyle nie zadłużył się, ani nawet nie ruszył w żaden sposób swojej gotówki, co nawet zwiększył jej zapas z 2 około 2,0-2,1 miliarda dolarów, do ponad 2,2 miliarda. Może i nie jest to tak wiele, jak chciałby tego zarząd RIM, ale w obecnym momencie trzeba się prawdopodobnie cieszyć z każdego centa, który wpadnie do kieszeni teraz, kiedy to jeszcze jest możliwe. W kolejnych kwartałach zadaniem kierownictwa RIM będzie bowiem głównie to, aby z jak największym zapasem gotówki dotrwać do premiery BlackBerry 10, a ewentualne cięcia w budżecie i personelu w żaden sposób nie zakłóciły tego procesu (co jest wbrew pozorom możliwe).

RIM w tym momencie „startuje” z o wiele lepszej pozycji, jeśli chodzi o finanse i wcale nie jest takie oczywiste, że „wypali” całą swoją gotówkę w ciągu najbliższych kwartałów. Pytanie tylko, w którym momencie zacznie na tym zarabiać tak, jak za dawnych lat (ponad 80% zysków, dużych zysków, właśnie z tego, a nie z BIS/BES) i czy w ogóle zacznie zarabiać. W ciągu ostatnich kilku lat zysk na każdym sprzedanym modelu, głównie przez budżetową serię Curve, spadł średnio o kilkadziesiąt dolarów. Łącząc to ze spadającą globalną sprzedażą, to właśnie hardware jest dla RIM największym zagrożeniem, jeśli chodzi o zbyt szybkie pozbycie się całej rezerwy finansowej.

Dodatkowo, Brian Bidulka, odpowiedzialny za finanse Research In Motion, zapewnił, że w trwającym obecnie kwartale nie dojdzie jeszcze na pewno do nadszarpnięcia zapasów gotówki [5. reuters].

Operatorzy

Nie wiadomo, z jakiego powodu, ale Palm zdecydował się na początku przygody z Pre na zaoferowanie swojego kluczowego urządzenia na wyłączność jedynie jednemu i to wcale niezbyt dużemu operatorowi – Sprintowi [6. cnet], z którego śmiano się, że ma mniej użytkowników, niż jest użytkowników iPhone’a w AT&T. Po kilku miesiącach takiej wyłączności kolejne modele Palma znalazły już swoją drogę do innych operatorów (np. Verizon), którzy jednak dość szybko zaprzestali całkowicie lub w większości jakiejkolwiek promocji tych urządzeń [7. phonearena]. Zbawiciel Palma był praktycznie martwy z powodu tego, że nie miał kto go sprzedawać. Niezależnie od tego jak dobre jest urządzenie, jeśli klienci nie będą mogli go kupić, zawsze będzie porażką.

RIM z drugiej strony w dalszym ciągu pozostaje w dobrych układach z operatorami, którym zależy przede wszystkim na różnorodności produktów w swoich ofertach i widzą w dalszym ciągu miejsce dla trzeciego lub nawet czwartego ekosystemu. Co ważniejsze, w dalszym ciągu wierzą w Research In Motion. Nawet w momencie, kiedy widać było, że producent BlackBerry zaczyna słabnąć, podczas gdy iPhone zyskuje na popularności, AT&T oraz Verizon zwróciły się właśnie do niego z prośba o przygotowanie jak najlepszej odpowiedzi na produkt Apple [8. idownloadblog]. Powód? Żaden z producentów nie powinien mieć zbyt wielkiej mocy i nikt nie powinien dominować rynku. Niestety ani seria Storm ani Torch (9800) nie odniosła sukcesu, jakiego się po nich spodziewano, ale – co niezwykle ciekawe – wydaje się, że operatorzy w dalszym ciągu mają cierpliwość do RIM.

Jeśli będą ją mieli również za kilka miesięcy, kiedy BlackBerry 10 wejdzie na rynek, zadanie powinno być o wiele łatwiejsze, niż w przypadku Palma, który wystartował do podobnego biegu wyłącznie z jednym partnerem. RIM ma (potencjalnie, bo oczywiście nie wystartuje razem ze wszystkimi) szansę zacząć swój „wyścig o życie” z ponad 500 operatorami, w ponad 100 krajach.

Oczywiście prawdopodobnie zacznie przede wszystkim na terenie USA, gdzie został zraniony najmocniej, ale ostatnie wypowiedzi Heinsa tylko potwierdzają, że RIM może w dalszym ciągu liczyć na swoje dotychczasowe kanały dystrybucyjne.

Zasięg

Oprócz lokalnej sprzedaży (praktycznie tylko UK i US), Palm nie miał również środków, ochoty lub ambicji (albo po prostu zabrakło czasu) na próbę zbudowania prawdziwego międzynarodowego sklepu z aplikacjami. Poza USA (praktycznie wszystkie aplikacje) i krajami takimi jak UK (niewielka część pełnego katalogu), użytkownik, który sprowadził sobie urządzenie „na własną rękę” nie miał praktycznie żadnego dostępu do dodatkowego oprogramowania [9. webosnation].

Research In Motion tymczasem, nawet jeśli premiera BlackBerry 10 nie będzie miała miejsca na całym świecie dokładnie w tym samym dniu, jest gotów na przyjęcie deweloperów i klientów z całego świata. Wystarczy spojrzeć na trwający obecnie BlackBerry 10 Jam, który odwiedzi ponad 20 miast oraz przede wszystkim na obecny AppWorld, który nawet jeśli nie zawsze rozpieszcza nas swoim bogactwem, to jest technicznie i (po raz kolejny: przede wszystkim) prawnie gotowy na przyjęcie zamówień z całego świata.

System

„We fucked up a lot of things” – tak w artykule przygotowanym przez serwis The Verge pracownicy Palma najczęściej okreslili wprowadzony na rynek system operacyjny, który wraz ze smartfonami miał wskazać nową drogę rozwoju nie tylko firmy, która go stworzyła, ale również całej branży mobilnej. Debiutujący w okolicach połowy roku OS, doczekał się w niecałe sześć miesięcy całej serii kolejnych wydań – 1.0.3, 1.2, 1.2.1, 1.3.1, 1.3.2 oraz 1.3.5, które nie były skupione na dodawaniu nowych, powalających funkcji – miały poprawiać błędy, których dopuszczono się w pośpiechu przy „wyrzuceniu” webOS do klientów tak szybko, jak było to tylko możliwe. Palm wszedł na rynek z systemem ciekawym, innowacyjnym i wyjątkowym pod wieloma względami, ale fatalnie przygotowanym na pierwsze spotkanie z użytkownikami.

RIM też nie był nieomylny w swojej historii, wprowadzając na rynek chociażby najlepszy przykład częstowania klientów produktami niedogotowanymi – tablet BlackBerry PlayBook, który choć z dnia na dzień lepszy, w dalszym ciągu nie jest w stanie zaoferować nam funkcjonalności na miarę swojego potencjału i systemu operacyjnego, pod kontrolą którego pracuje.

Lekcja z tabletem BlackBerry PlayBook była trudna i bądźmy szczerzy – z wielu powodów praktycznie zamknęła RIM drogę do tego rynku na bardzo długi czas. Wystarczy wziąć pod uwagę obecną cenę – od około 200-240$ za sztukę, na której RIM nie zarabia praktycznie nic, o ile nie traci. W momencie podniesienia ceny, sprzedaż może zapikować jeszcze niżej (tylko 260 000 w ostatnim kwartale), bo klienci, przyzwyczajeni do niskiej ceny, będą czuli się „dotknięci” tak gwałtownym podniesieniem cen. Zastanówmy się, co będzie jeśli RIM wyceni nadchodzący (niemal jak Duke Nukem Forever) tablet z modemem 4G na mniej więcej standardowe rynkowe 500-600$. Ktokolwiek potrzebuje opisu reakcji klientów?

Poprzedni CEO zdawali się nie wyciągać wniosków ze swoich porażek, przynajmniej nie na tyle, aby zmienić los firmy. Heins sprawia natomiast wrażenie kogoś, kto ma obecnie jeden cel – wprowadzić BlackBerry 10 na rynek (w komplecie z telefonami) tak szybko, jak to tylko możliwe, ale przy założeniu, że system ma być od samego początku tak dobry, jak to tylko możliwe. Owszem, można by wprowadzić na rynek cokolwiek, chociażby terminal z PlayBook OS 2.1 wzbogaconym np. o BBM. Niestety (a może na szczęście) Heins wie, jak skończyłaby się taka próba i zdecydował się podjąć gigantyczne na chwilę obecną, ale potencjalnie o wiele lepsze na dłuższa metę ryzyko – niech wszystko będzie gotowe już w momencie premiery.

Oczywiście wymagania do tego czasu będą nieporównywalnie większe niż dziś, ale jeśli ma się ostatnią szansę, żeby pokazać światu coś, co może nas uratować, lepiej nie spieszyć się i nie wygłupić, marnując tę okazję. Świat poczeka, a jeśli nie i wszyscy do tego czasu zdąża zapomnieć o RIM, świat będzie miał szansę odkryć RIM na nowo.

CEO

Wielu zarzuca Heinsowi, że nie jest tym, kogo potrzebuje RIM – nie jest wizjonerem pokroju Jobsa, który potrafiłby wykreować nowy produkt-ikonę. Oczywiście taki ktoś jest zawsze potrzebny firmie i w wielu przypadkach może być jej największą wartością, ale w obecnej sytuacji RIM potrzebuje kogoś takiego jak obecny CEO – kogoś, kto będzie w stanie posprzątać w błyskawicznym tempie bałagan pozostawiony przez poprzedników – w tym gigantyczny bałagan organizacyjny i korporacyjny tłuszcz, który obrósł RIM przez lata świetności. Ktoś musi przeprowadzić RIM, przez najbardziej krytyczny w historii firmy okres, gdzie liczy się każdy cent i nie można bać się podejmowania naprawdę trudnych decyzji. Heins zdaje się być na razie kimś takim, choć na w miarę obiektywną ocenę przyjdzie nam prawdopodobnie poczekać jeszcze kilka lub kilkanaście kwartałów.

Co teraz?

Wyraźnie widać, ze różnice pomiędzy Palmem a RIM, wielkimi dawniej korporacjami, wprowadzającymi na rynek „wczoraj” (Palm) i „jutro” (RIM) produkty, które mają jednocześnie zmienić świat i uratować ich istnienie, są zdecydowanie zbyt duże, żeby oprócz bardzo, bardzo ogólnego porównania, zdecydować się na jakąkolwiek analogię. Umiejętnie prowadzony RIM, o ile dopisze mu szczęście i umiejętności z BlackBerry 10, może jeszcze przetrwać długie lata, a nawet i bez tego trudno jest mówić o tym, że jutro czy pojutrze lub nawet za rok, usłyszymy o jego bankructwie.

Czy wróci kiedykolwiek chociażby na podium systemów operacyjnych? Tego niestety nie wie nikt.